Uczeń na wakacjach, czyli jak Egipt kształci swoich obywateli.

W prywatnym przedszkolu edukacja odbywa się w luksusowych warunkach
W prywatnym przedszkolu edukacja odbywa się w luksusowych warunkach własne
Nie jest tajemnicą, że w egipskich szkołach jest więcej wolnego niż zajęć w ciągu roku. Same wakacje trwają prawie 5 miesięcy, oprócz tego w czasie roku szkolnego ciągle jest jakaś przerwa w zajęciach.

Oczywiście święta, zarówno muzułmańskie jak i chrześcijańskie to dni bez nauki, do tego dochodzą wszystkie święta państwowe, a także wiele innych dni "agaza" czyli urlopu, z bliżej nikomu nieznanego powodu. Mimo, że nauka trwa naprawdę krótko i czasowo jest jej mało, Egipcjanie uparcie twierdzą, że poziom nauczania jest wysoki, a uczniowie muszą wiele pracować nad zdobyciem wiedzy. Fakt, że w większości szkół wolny jest tylko jeden dzień tygodniowo, nie rekompensuje jednak ogromnej ilości czasu spędzanego poza szkołą. Klasy w szkołach państwowych są przeładowane - moja szwagierka ma "tylko" 45 uczniów, podczas, gdy w wielu, szczególnie mniejszych miejscowościach klasy potrafią liczyć 70-80 dzieci. Spowodowane jest to brakiem szkół, brakiem nauczycieli, brakiem funduszy, oraz, a może przede wszystkim - potwornym przeludnieniem. Egipt liczy sobie już prawie 100 mln mieszkańców i ciężko zapewnić wszystkim odpowiedni poziom edukacji, opieki zdrowotnej czy miejsc pracy.

W Kairze i innych dużych miastach Egiptu istnieje wiele szkół prywatnych, do których uczęszczają dzieci dyplomatów oraz pochodzące z wysokich warstw społecznych. Szkoły te są drogie, lecz zazwyczaj poziom ich jest również odpowiednio wysoki. Natomiast już w Sharm el Sheikh prywatne szkoły, oprócz pobierania wysokiego czesnego (około 2,5-3 tys. dolarów rocznie), nie oferują niczego specjalnego. Nauczyciele są najczęściej zupełnie przypadkowymi osobami, bez wykształcenia pedagogicznego, cudem jest, jeśli skończyły chociaż pokrewny kierunek z przedmiotem, którego są nauczycielami. Sharm el Sheikh to jednak nisza, zamieszkiwana przez nielicznych, najczęściej również migrujących ludzi, tak więc tamtejszy poziom edukacji może nie mieć dużego wpływu na przyszłość dziecka, które rok czy dwa będzie uczęszczało do jednej z pseudoszkół.

Zatrważające natomiast są rzeczy, które mam okazję obserwować w Mahalli, a więc w dużym mieście położonym w obrębie Delty Nilu. Jest to region bardzo gęsto zaludniony, z wciąż zbyt dużym przyrostem naturalnym, a więc ciągle powiększającą się grupą dzieci, które powinny otrzymać odpowiednią edukację, a przede wszystkim przygotowanie zawodowe, pozwalające jak najszybciej utrzymać siebie i swoją rodzinę.
Nie można jednak mówić o wystarczająco dobrym poziomie edukacji, jeśli w szkole nie robi się nic, a cały program przerabia sie w tak zwanym dars, czyli ośrodku korepetycyjnym. Wszystkie dzieci chodzą do dars. Ośmioletnia siostrzenica mojego męża ma korepetycje aż pięć razy w tygodniu. I nie dlatego, że ich potrzebuje - jej mama jest nauczycielką z wieloletnim juz stażem i może przerobić z nią wszystko w domu. Dziewczynka musi wraz z innymi dziećmi uczęszczać na płatne zajęcia dodatkowe, bo dars to niepisana zasada wśród nauczycieli. Prawie każdy pracujący w szkole pedagog wymaga od swoich uczniów chodzenia na takie korepetycje, aby do niego również przychodziły dzieci, przysyłane przez innych nauczycieli. Poza tym - jasne jest, że w szkole nie trzeba robić nic. Szkolne lekcje to prowizorka, a korepetytorzy przerabiają z dziećmi dokładnie ten sam program, ze zwróceniem szczególnej uwagi na zakres egzaminów, odbywających się kilka razy w ciągu roku.

Moim zdaniem jest to chory system i absolutnie nie do przyjęcia. Wielokrotnie rozmawiałam o tym ze swoją szwagierką, dziwiąc się, że ona sama nie pracuje w dars. Jednak, jako jedna z niewielu, nie wymaga od swoich uczniów chodzenia na korepetycje, wkładając dużo pracy w nauczenie tak licznej klasy wszystkiego, czego potrzebują, aby zrealizować program i zdać egzaminy. Uważa, że większość nauczycieli zachowuje się karygodnie, jednak swoją córkę do dars posyła, aby nie podpaść w środowisku koleżanek i kolegów.

Dars z jednego przedmiotu to wydatek rzędu 30 funtów egipskich za siedem godzin miesięcznie. Łącznie opłata za cztery przedmioty w przypadku ośmioletnich uczniów wynosi miesięcznie 120 EGP, do tego doliczyć należy dojazdy, ponieważ nie każde miejsce korepetycji znajduje się w pobliżu domu. Kwota taka stanowi często ponad 10 procent pensji rodzica. Niestety, to nie jedyny wydatek - nauczyciele z dars wymagają zakupu książek, tych samych, które przerabiane są w szkołach, za bardzo wygórowaną cenę. Kilka miesięcy temu w Mahalli wybuchł skandal w środowisku nauczycielskim, gdyż dyrektor jednej ze szkół państwowych, który prywatnie uczy angielskiego, zakupił wraz ze swoją żoną dziesiątki nauczycielskich egzemplarzy książek i ćwiczeniówek, po około 10 EGP za zestaw, sprzedając je w swoim dars uczniom po 150 EGP. Zakup był oczywiście obowiązkowy.

Wszyscy doskonale wiedzą, że cały system wczesnej edukacji w Egipcie to po prostu jedna wielka nauczycielska mafia, jednak nikt nic z tym nie robi. Ludzie płacą za korepetycje, bo w szkole ich dziecko niczego się nie nauczy, a nauczyciel złośliwie obleje nawet zdolnego i przygotowanego do egzaminów ucznia. Dlaczego nauczyciele tak postępują? Z prostego powodu - ich pensje są żenująco niskie, tak niskie, że nie sposób przez pierwszych kilka lat pracy zaspokoić podstawowych potrzeb nawet jednej osoby. Dopiero po około 10-15 latach pracy nauczyciel w państwowej szkole zarabia między 1500 a 2000 EGP, czyli sumę pozwalającą dość przyzwoicie żyć w egipskim mieście, szczególnie, jeśli posiada się własne mieszkanie.

Podręczniki i ćwiczeniówki, jak na moje oko są na bardzo niskim poziomie - najgorszej jakości papier, druk i zawartość. nauka języka angielskiego przez pierwsze dwa lata szkoły podstawowej polega na nazywaniu zwierzątek czy przedmiotów i kolorowaniu ich, a także literowaniu ich nazw. Dzieciaki ani w szkole, ani w dars, nie są uczone podstawowych umiejętności komunikacji po angielsku, nie potrafią odpowiedzieć na najprostsze pytania. Nie wiem, jak jest w innych grupach wiekowych, nie miałam okazji tego sprawdzić. Myślę jednak, że jest podobnie, sądząc po znajomości angielskiego wielu dorosłych, którzy mieli go w szkole przez wiele lat. Oczywiście lekarze posługują się płynnie tym językiem, ale to dlatego, że sami się doszkalają, biorąc udział w specjalistycznych kursach i czytając publikacje zagraniczne.

Cały system edukacji w Egipcie i zasady panujące w nim niezmiennie mnie drażnią i zastanawiają. Nauczyciele pracują przez prawie cały rok, mimo, że uczniowie mają tak dużo wolnego. Jednak pensja to pensja i muszą odsiedzieć swoje w pustych szkołach. Takie jest zarządzenie, co, moim zdaniem dodatkowo pogłębia ich frustrację i niechęć do solidnego wykonywania swoich obowiązków.

Dzieci i młodzież natomiast kompletnie nie mają czasu na przysługujące im dzieciństwo. Pamiętam siebie, kiedy w podstawówce rzucałam plecak i robiłam, co chciałam, lub po szybkim odrobieniu lekcji rozkoszowałam się wolnym czasem. W Egipcie jednak, nawet siedmio- i ośmioletnie dzieci przez sześć dni w tygodniu są na pełnych obrotach, przygotowując się albo do testów w szkołach, albo do zajęć w dars. Nie widzę, aby moja siostrzenica miała jakikolwiek wolny czas na zabawę, który mieć powinna, mimo trwającego roku szkolnego. Cóż, może odrobi to w wakacje, kiedy przez pięć miesięcy nie będzie miała ani jednego, ani drugiego. Jednak nauka w takim systemie jest bardzo mało efektywna, a egipskie szkoły to wręcz fabryki półanalfabetów - wielu absolwentów szkoły podstawowej z trudem podpisuje się i liczy.
Problem jednak jest na tyle złożony, że nie da się go rozwiązać jednym ruchem, wymaga po prostu gruntownej reformy systemu edukacji. Reformy od podstaw, która będzie wymagała nie tylko ogromnego nakładu finansowego na same placówki szkolne, ale i na pensje nauczycieli oraz odpowiednie ich przygotowanie do pracy. Jednak najważniejszym i najtrudniejszym problemem do rozwiązania będzie zmiana mentalności ludzi, która może trwać całe dekady.
A szkoda, bo w Egipcie jest mnóstwo bardzo zdolnych i inteligentnych dzieci….

Zapraszam także na: www.polskamuzulmanka.blog.pl oraz do lektury naszej (mojej i mojej mamy Ewy Zarychty) książki o współczesnym Egipcie pt. „Księżyc zza nikabu”.
Trwa ładowanie komentarzy...